fbpx

„Dlaczego ten projekt taki drogi?!” czyli za co właściwie płacimy

projektant wnętrz

Odwieczne pytanie (prawie) każdego inwestora.

Spójrzcie na obrazek powyżej. No właśnie. Problem zaczyna się już w momencie samego wyobrażenia nt. pracy architekta wnętrz.

Projektowanie wnętrz to nie tylko drobne zmiany kosmetyczne, dobór dodatków i kolorów czy mebli.

Projektowanie wnętrz nie jest nadzwyczajnie ekskluzywną usługą tylko dla tych z sześcioma zerami na koncie ale należy być przygotowanym na koszt adekwatny do wykonanej pracy, doświadczenia oraz wiedzy.

Przyjrzyjmy się więc temu za co dokładnie płacimy…

Chcąc przekazać Wam wszystko „jak krowie na rowie” odrobinkę się rozpisałam, wiem. Dotrwajcie proszę do końca.

Zacznijmy od tego co nasz projektant wnętrz zainwestował dotychczas, aby znaleźć się
w miejscu, w którym jest (i nie mam tutaj na myśli tylko tych finansowych kwestii):

1. Kilka lat życia aby zdobyć odpowiednie wykształcenie

tak tak, prawdziwy projektant ma ukończone studia, szkoły… Gdzieś tą całą wiedzę trzeba było posiąść 🙂
Wspominając swoje studia mogę także otwarcie powiedzieć, że artystyczne studia (te dzienne, publiczne i „darmowe” również) są chyba najdroższymi studiami jakie można sobie wyobrazić. Nikt nie wspomina w informatorach nt. „wspaniałych, przyszłościowych kierunków nauki” o codziennych kosztach ww. Farby, płótna, pędzle, materiały rysunkowe oraz te do wiecznie poprawianych makiet, wydruki (często wielkoformatowe i… wielokrotne). Nie muszę chyba wspominać o bezsennych nocach, zupkach chińskich i hektolitrach energetyków pitych zamiennie z kawą ???? Niektórzy mieli to szczęście, że bliscy robili wszystko aby biedny student mógł w spokoju studiować, pozostali po zajęciach lecieli na drugą zmianę do baru czy innej kawiarenki, zajmowali się dziećmi siostry koleżanki przeszywanej ciotki albo wyprowadzali psa sąsiada – ktoś za to wszystko musiał zapłacić.

never sleep architect

2. Pierwsze „śmieciówki” za półdarmo. Albo właśnie za darmo!

Chyba każdy z nas pamięta swoje pierwsze „zatrudnienia”. Jeśli chce się zdobyć doświadczenie w branży to niestety trzeba się pogodzić z tym, że na początku czeka nas np. bezpłatny staż (czyt. parzenie kawy, ewentualnie składanie dokumentacji). Przy odrobinie farta trafimy do pracy płatnej – choć niezwykle rzadko płatnej współmiernie do poświęconej jej czasu, bycie świeżakiem ma swoje „prawa”. Ale! Przecież od czegoś trzeba zacząć!
Jeśli więc chcemy mimo wszystko zdobyć to doświadczenie, mieć okazję doglądać pracy tych „już na pełnym etacie”, poznać prawdziwe oblicze tegoż co sobie wymarzyliśmy jako swoją PRZYSZŁOŚĆ – a przy okazji sprawdzić czy wyobrażenia i rzeczywistość są choćby podobne – przygryzamy wargi, spinamy cztery literki, do jednej kieszeni chowamy nadmiar pewności siebie pt. mądrala a z drugiej wyciągamy dużą dawkę pokory.

3. „Odwaga jest początkiem działania, szczęście jest jego końcem” (aut. Demokryt)
Znacząca część projektantów na rynku to freelancerzy, osoby z własną działalnością gospodarczą… no właśnie. W panujących realiach założenie własnej działalności gospodarczej to nie lada odwaga. Państwo niczego nie ułatwia, ogrom formalności związanych z prowadzeniem firmy, terminów, o których należy pamiętać jak i odpowiedzialności spoczywającej na naszych barkach.. no cóż. Trzeba „mieć jaja” żeby się podjąć.

whats the point

Dobrze, projektant jest już na swoim, przeszedł katorżniczą, kosztowną drogę do marzeń,
co więc jeszcze wpływa na cenę projektu?

4. Branżowe oprogramowanie

Ola Boga. Nie wiem czy chcecie wiedzieć ile to kosztuje. Powiem tylko w skrócie: od kilku do kilkudziesięciu tysięcy. Niewyobrażalne? A jednak. Niektóre programy wymagają też wznowień licencji. Dodam jeszcze, że czasem na jednym programie się nie kończy. Ponadto oprogramowanie projektowe jest niezwykle skomplikowanym (i potężnym w możliwościach) narzędziem a co za tym idzie, warto nauczyć się go od podstaw od specjalistów na różnego rodzaju szkoleniach czy warsztatach.

5. Specjalistyczny sprzęt

Nie myślcie sobie, że super oprogramowanie wystarczy. Nasz sprzęt musi mieć dobre parametry, wypasioną kartę graficzną, sporo pamięci, mocny procesor… Żaden tam mini laptop za 2500zł. Jest jeszcze kilka niezbędnych i/lub ułatwiających pracę urządzeń, choćby porządny dalmierz czy aparat fotograficzny do prac pomiarowych. No i żyjemy w czasach, w których żaden sprzęcior nie ma gwarancji dożywotniej, a co za tym idzie – psuje się tuż po jej ukończeniu. Tfu tfu!

6. „Zapraszamy do naszego biura!”

Nie mówię już o oczywistych kwestiach takich jak urządzenie tego miejsca – pomińmy fanaberie. Mam na myśli comiesięczne koszty związane z wynajmem lokalu, opłatami eksploatacyjnymi (czynsz do spółdzielni, woda, prąd, gaz, internet, telefon, ubezpieczenia, środki czystości, kawki, herbatki i inne dodatki…).

7. ZUSy, podatki i inne wymyślne opłaty.

Prowadzenie własnej firmy to nie tylko „spijanie śmietanki”. Urzędy domagają się „swego” na każdym kroku, więc co miesiąc przychodzi nam (szczęśliwym przedsiębiorcom, właścicielom wymarzonych firm pielęgnowanych niczym pupcia niemowlęcia) płacić składki ZUS, podatek dochodowy, podatek VAT… Nie mówiąc już o kosztach związanych z utrzymaniem ewentualnego pracownika, to już luksus, na który nie każdy może sobie pozwolić!

8. Kursy, szkolenia, warsztaty, targi, spotkania branżowe, sterty makulatury

Branża wnętrzarska zmienia się każdego dnia. Nowe trendy, materiały, meble, dodatki…

Jak w kalejdoskopie! Uczymy się całe życie. Przy każdej możliwej okazji jeździmy po kraju albo i świecie żeby odwiedzić ciekawe targi, siedziby producentów, wziąć udział w inspirujących warsztatach, doszkolić się z nowego oprogramowania. W wolnych chwilach (a nie ma ich zbyt wielu!) sięgamy po zgromadzone na stosiku książki czy gazetki branżowe. Wierzcie mi na słowo, jeśli mamy czas na kryminał czy romansidło to jest prawdziwy wypas!

Właśnie dzięki powyższemu możemy stworzyć dla inwestorów projekt, który podąży za trendami, będzie opiewał w ciekawe materiały czy rozwiązania meblowe, oświetleniowe.

Rzecz jasna, wszystkie wyżej wymienione „koszty” rozkładają się na wszystkich inwestorów. Jakby jednak podliczyć wszystko to wyjdzie niezła sumka, prawda?

Do tego wszystkiego dochodzą koszty pracy nad konkretnymi zleceniami:

9. Niezobowiązujące, bezpłatne, wstępne spotkania, często… wielogodzinne.

Jest to czas poświęcony na przedstawienie oferty, omawianie warunków współpracy, przeprowadzenie szczegółowych ankiet nt. preferencji, upodobań, zainteresowań, stylu życia, nawyków, ulubionych kolorów czy kształtów.

10. WRESZCIE! Wieeeeeeele godzin pracy rysunkowej i komputerowej. 

Każdy pomiar z natury to istna tabliczka z napisem „CZAS START”.

Zaczyna się wprowadzanie projektu do programów, rozmyślanie, mierzenie, sprawdzanie różnych możliwości. Wstępne koncepcje, konsultacje z inwestorem. Dobór konkretnych elementów wyposażenia, telefony, telefony, telefony… Często, gęsto metodą prób i błędów. A to chwilowo towar jest niedostępny, a to jednak cena się zmieniła, promocja skończyła a budżet się kurczy itp. itd. WIZUALIZACJE? UFF NARESZCIE! Zazwyczaj jest to taka wisienka na torcie, to prawda. Gorzej jeśli okazuje się, że producenci 3 na 5 wybranych elementów nie posiadają lub nie udostępniają nigdzie modeli i radź Pan sobie. Trzeba modelować samemu, co oznacza kolejne godziny pracy 😉 Warto nadmienić, że często obszerne bazy najlepszych modeli są płatne.

PRZYSZEDŁ CZAS PROJEKTU WYKONAWCZEGO – czyt. rysunki techniczne MODE ON.

No to rzeźbisz, rysujesz rzuty, wyprowadzenia instalacji wod-kan i elektryki, układy okładzin ściennych, rozwinięcia ścian, liczysz m2 danych wykończeń, kosztorysy… W międzyczasie sprawdzasz specyfikacje techniczne wybranych urządzeń, To tylko kilka pozycji z długiej listy. Już prawie! Już widać światełko w tunelu!

STOP inwestor jednak! zmienił zdanie co do takiego „malutkiego szczególiku”, przecież ta zmiana to chwila.

changes

to niestety nie zawsze jest chwila. Często drobne przesunięcie jednego elementu powoduje lawinę koniecznych do dokonania zmian, wyboru nowych produktów, przeanalizowania kolejnych rysunków technicznych oraz wielogodzinnych renderów.

Jeśli inwestor decyduje się również na nadzór autorski aby zaoszczędzić swój czas i nerwy to powinien mieć świadomość, że właśnie to przechodzi teraz na głowę projektanta. Oczywiście jest to nasza praca i zależy nam na zadowoleniu klienta. Staramy się z całych sił aby efekt finalny był w pełni satysfakcjonujący.

11. Dojazdy i telefony– ustalenia, pomiary/nadzory, spotkania, sklepy, hurtownie, producenci, dystrybutorzy, dostawcy…

12. Wydruki – w tym eksploatacja drukarek, tonery, papier.

Jeszcze zapewne kilka pozycji mogłabym dopisać po głębszym przemyśleniu sprawy.

Naturalnie większość (ciężko stwierdzić czy wszyscy) zdawała sobie sprawę, z tego jaką drogę wybrała i z czym wiąże się praca projektanta. Nikt przecież nie zmuszał. Może nie zawsze mieliśmy świadomość, że ta droga choć czasem usłana różami to wyboista jak diabli. Ja osobiście, nie zamieniłabym jej na żadną inną :)Czy wciąż pytasz „dlaczego tak drogo”?

Należy również pamiętać, że na rynku są projektanci i „projektanci”.  Profesjonaliści oraz początkujący, studenci, samozwańczy specjaliści… Jak zapytamy wujka Google to zapewne otrzymamy niezliczoną listę kuszących odpowiedzi typu „projekt w tydzień”, „20zł/m2”, „ekspresowa porada projektowa”, „tanio, szybko i dobrze”…

Podchodźmy do tego z dystansem. Nieważne o jaką usługę chodzi, zawsze znajdzie się ktoś kto zrobi za półdarmo albo „do portfolio”. To nieustanna zmora projektantów, którzy wykonują kawał profesjonalnej roboty, wkładają serce w każdy projekt, zarówno ten kompleksowy wnętrza biurowca jak i podstawowy 20 metrowej kawalerki – mając przy tym świadomość wartości swojego zaangażowania, wiedzy oraz doświadczenia.

ifyouthinkitsexpensive

Czy wybierając najtańszą ofertę mamy pewność, że praca zostanie wykonana dobrze?

cheaper

Szukając prawnika, lekarza specjalisty jak i wykonawcy prac budowlanych czy wykończeniowych korzystamy z usług tych poleconych przez zaufane osoby, z dobrą opinią, udokumentowanymi dobrymi efektami pracy, często inwestując tę wyższą kwotę. Wybierając projektanta wnętrz kierujmy się tym samym.

Uprzedzając falę hejtu – to absolutnie nie jest żaden atak na inwestora, broń Boże! Jeśli cokolwiek tutaj przekazuję, to jestem szczera, czasem do bólu. Tworząc ten wpis chciałam szczegółowo odpowiedzieć na tytularne pytanie 🙂

Miło mi, że dotarłeś do końca.

Do „zobaczenia” następnym razem!

DesignWolf

Skontaktuj się

Masz pytania, chcesz wiedzieć więcej? Po prostu zadzwoń lub wyślij wiadomość.